„Kiedyś to było…”

Natchnęło mnie dziś na dość ciężki dla mnie temat, ale zdecydowałem się podzielić z Wami moją opinią.

Tematem tym jest pewne przekonanie. I bardzo ciekawi mnie to, czy jest ono tak powszechne jak mi się wydaje. Tutaj bardzo liczę na Wasze opinie, które na pewno po części zaspokoją moją ciekawość 🙂

Piszę tu o przekonaniu, że „Kiedyś to było”.

I rzeczywiście – wracając czasem myślami do czasów z dzieciństwa, bardzo rozczula mnie to, że ganialiśmy z kolegami po podwórku w brudnych gaciach i nikt zasadniczo nie oceniał tego jakie kto nosi ciuchy.

Że graliśmy siedząc półgołymi dupami na trawie w „makao” lub „kuku na rozkazy”.

Że przebywaliśmy na świeżym powietrzu częściej niż w domu…

… czy, że gadaliśmy ze sobą „twarzą w twarz”, a nie przez messengera.

I takie rozczulające retrospekcje widzę i słyszę u innych ludzi (w szczególności moich rówieśników, którzy mają już często dorastające nastoletnie dzieci).

Ale często widzę i słyszę coś jeszcze…

Kiedyś to było…

„Bo jak łobuzowałem za dużo, to dostałem wpierdol od Taty i tak się nauczyłem posłuszeństwa…. a nie to co teraz…. bezstresowe wychowanie.”

„Bo kiedyś to czuliśmy respekt do nauczycieli… A teraz to co? Kosz na głowę i gówniarz bezkarny.”

„Bo mogliśmy chodzić sobie gdzie chcemy i wracać po zmroku do domu. Dzięki temu uczyliśmy się sobie radzić i się nie bać. A nie to co teraz. Same przewrażliwione mamuśki.”

I sam jeszcze parę lat temu miałem dokładnie takie przekonania jak wyżej.

Dziś już w ogóle ze mną nie rezonują. Dziś mam inne przekonania. I są moje. Nie są i nie mają zamiaru być prawdą objawioną.

Dziś jestem przekonany, że wpierdol od Taty nie jest antidotum na łobuzowanie, a dobre dla człowieka i jego rozwoju jest przywiązanie, a nie posłuszeństwo. Pomimo, że z zewnątrz mogą czasem wyglądać podobnie.

Dziś jestem przekonany, że jedyna według mnie słuszna opcja, czyli „bezstresowe wychowanie” nabrało bardzo pejoratywnego wydźwięku. Dziś nie rozumiem dlaczego miałbym wychowywać swoje dziecko w stresie.

Dziś już wiem, że mój „respekt” do nauczycieli wynikał ze strachu przed konsekwencjami, a nie z tego jakimi wspaniałymi ludźmi byli dla mnie nauczyciele.

Dziś zastanawiam się co leży u źródła (ale tak naprawdę…głęboko u źródła) tego, że dzieciak nakłada nauczycielowi kubeł na głowę. I jestem głęboko przekonany, że nie jest to wynik „bezstresowego wychowania”. A wręcz przeciwnie.

Dziś jestem przekonany, że chodzące po zmroku grupy 10-latków bez opieki dorosłych to nie wynik troski rodziców o rozwój pewności siebie u dzieci, a jest to nic innego jak „peer-orientation”, czyli nienaturalne przywiązanie do rówieśników wypełniające wielką życiową lukę po utracie przywiązania do rodziców.

I wreszcie, jestem przekonany, że „uczenie się nie bać” wcale nie jest nauką radzenia sobie.

Piszę o tych swoich przekonaniach, bo wiem, że jest to bardzo ważny temat. Wiem też, że te przekonania wynikają z wiedzy. I, że im więcej się uczę, tym bardziej się ugruntowują.

Być może kiedyś się zmienią. W końcu tylko krowa…. 🙂 No wiecie….

Może Cię również zainteresować